The Callisto Protocol (PS5)

ObserwujMam (2)Gram (0)Ukończone (3)Kupię (0)

The Callisto Protocol (PS5) - recenzja gry


@ 13.12.2022, 09:45
Marcin "bigboy177" Trela
Czasem coś piszę, czasem programuję, czasem projektuję, czasem robię PR, a czasem marketing... wszystko to, czego wymaga sytuacja. Uwielbiam gry, nie cierpię briefów reklamowych!

The Callisto Protocol zapowiadało się naprawdę wyśmienicie. Pierwsze zwiastuny pokazywały coś, na co fani survival horrorów czekali od dawna. Czy finalny produkt jest tak samo porywający, jak jego kampania marketingowa? Czy może mamy do czynienia z zawodem? O tym w naszej recenzji.

Na The Callisto Protocol czekałem z ogromną niecierpliwością, autentycznie. Liczyłem na to, że dostaniemy solidny horror, a jako że deweloperzy wielokrotnie powoływali się na serię Dead Space i mieli też w swoich szeregach głównego jej twórcę, liczyłem na co najmniej solidne doznania. Liczyłem, ale niestety mocno się przeliczyłem. The Callisto Protocol to dla mnie spory zawód, nie wiem nawet czy nie jeden z największych w mojej gamingowej karierze.

Gra zaczyna się całkiem w porządku. Widzimy, jak główny bohater gry, niejaki Jacob, leci w kierunku Callisto. W ładowni ma jakiś cenny towar, a jako że jest swoistym kosmicznym kurierem, dostarczanie przesyłek to jego codzienność. Tym razem sytuacja ma być zgoła odmienna. Na pokład naszego statku dostaje się grupa terrorystów, a efekt jest taki, że zamiast lądować, rozbijamy się na powierzchni księżyca. Żeby było gorzej, zostajemy pojmani i wtrąceni do celi więzienia Black Iron. Wisienką na torcie mają być natomiast dziwne wydarzenia, które rozgrywają się niedługo po naszym pojmaniu. Więzienie zostaje bowiem opanowane przez potwory, a my musimy się z niego jakoś wydostać.

Początkowo rozgrywka zapowiada się całkiem nieźle. Główny bohater, wyposażony jedynie w rurkę, musi jakoś przedzierać się pomiędzy potworami, a przy okazji pozyskać ewentualnych sojuszników i uciec. W pierwszych kilkudziesięciu minutach rozgrywki dzieje się sporo i w zasadzie jedynym irytującym – lekko – elementem jest dość dziwny system walki. Chodzi o to, że przy pomocy lewej gałki analogowej robimy uniki (raz w lewo, a raz w prawo, ewentualnie blokując uderzenia), a gdy widzimy odpowiedni moment zadajemy obrażenia. Koncepcja całkiem w porządku i można ją nieźle opanować, choć nigdy tak naprawdę do końca, a dlaczego, to za moment.

Progresję w The Callisto Protocol zrealizowano przy pomocy specjalnych stacji, tzw. Kuźni. To drukarki, dzięki którym jesteśmy w stanie modyfikować posiadany ekwipunek, a robimy to przy pomocy kredytów Callisto. Podchodzimy z nimi do kuźni, wybieramy interesujące nas wyposażenie oraz ulepszenie, a potem obserwujemy krótką animację, kończącą się nowymi możliwościami inwentarza. Całkiem nieźle to w sumie działa i powiedzmy, że czuć – choć subtelnie – różnice. Innej progresji tu nie ma. W pewnym momencie wątku fabularnego dostajemy jeszcze kombinezon, ale jego już na przykład nie jesteśmy w stanie usprawnić.

Pierwsze problemy gry pojawiają się już po pierwszych dwóch godzinach. Okazuje się bowiem, że praktycznie cały czas robimy to samo. Brniemy w pełni liniowymi korytarzami, walczymy z napotkanymi pokrakami i staramy się coś włączyć albo przełączyć. Fabuła jest tak niewiarygodnie rozwleczona i sztucznie wydłużona, że zapominamy w zasadzie co robimy i dlaczego. Inna sprawa, że nie ma to też większego sensu, bo opowieści jako takiej tutaj nie ma, a przynajmniej jest jej strasznie mało. Jakieś strzępki fabuły dostajemy po mniej więcej połowie gry, ale jest tego tak mało, że nie sposób powiedzieć, że historia jest tu motorem napędowym. Nie jest. Grałem bardziej z obowiązku, bo im dalej, tym bardziej zabawa się dłużyła.

Prócz tego, że ciągle robimy te same czynności (przełączniki, kody dostępu, bezpieczniki), regularnie natrafiamy też na szyby wentylacyjne oraz wąskie przesmyki. Oba te obszary są zdecydowanie nadużywane przez deweloperów, a już szyby wentylacyjne w szczególności. Nie wnoszą one do zabawy kompletnie nic. Są takimi zapchajdziurami. Wchodzimy do szybu i widzimy, jak Jacob się przez niego czołga. Czasem trwa to kilkadziesiąt sekund, a czasem nawet i minutę. Finalnie wyłazimy z szybu, idziemy trochę „normalnie”, po czym ponownie natrafiamy na jakiś szyb i proces się powtarza. Totalnie niepotrzebny bzdet, wydłużający tylko grę. Mam wrażenie, że podobnych zagrywek jest więcej. Jest tu bowiem backtracking, przesadnie upakowane pokrakami lokacje itd. Myślę, że całą historię The Callisto Protocol dałoby się opowiedzieć w około 5 godzin, a deweloperzy postanowili rozgrywkę rozciągnąć do nawet kilkunastu godzin! Przez większość tego czasu autentycznie byłem albo znudzony albo zirytowany.

Zapytacie dlaczego zirytowany? Ano sprawa jest prosta. Studio Striking Distance nie dopracowało praktycznie żadnego systemu swojej gry. Zacznijmy od walki. U jej podstaw leży walka wręcz, a jej esencją jest pałka, którą Jacob pozyskuje w pierwszych kilkudziesięciu minutach rozgrywki. Pałka potrafi zadawać spore obrażenia i nawet przyjemnie się nią walczy, ale tylko wtedy, gdy mamy do czynienia z jednym wrogiem (maksymalnie dwoma), co w sumie jest tu rzadkością. Często musimy się zmierzyć z większą grupą oponentów, a wówczas starcie staje się chaotyczne, bo nie mamy w sumie sposobu na to, by trzymać wrogów na dystans. Niejednokrotnie giniemy nie dlatego, że nie umiemy grać, ale dlatego, że nie mamy odpowiednich narzędzi, by grać dobrze.


Screeny z The Callisto Protocol (PS5)
Dodaj Odpowiedź
Komentarze (15 najnowszych):
0 kudosLucas-AT   @   15:32, 13.12.2022
Po sobie wiem, że niedopracowana walka wręcz to jeden z elementów gier, które frustrują mnie najszybciej. Niemniej, klimat i setting tak trafiają w mój gust, że nie mogę tego tytułu pominąć. To jest silniejsze ode mnie. Póki co ogrywam jeszcze God of War: Ragnarok i Returnal, więc dam jeszcze twórcom parę tygodni na ewentualne patche.
0 kudoslogan23   @   19:13, 13.12.2022
Ja już przed tą recenzji, podjąłem decyzje, że sobie odpuściłem tą grę, dzięki temu, nie wyrzuciłem pieniędzy w błoto, dziękuje autorowi za tą zacną recenzje i nawet mam pomysł z skąd się wzięły te pokraki.