A Way Out (XBOXONE)

ObserwujMam (1)Gram (0)Ukończone (1)Kupię (0)

Recenzja gry A Way Out (XBOXONE)


@ 11:31 27.03.2018
Mateusz "Materdea" Trochonowicz
Kofeiniarz, kokainiarz, kodeiniarz.

A Way Out zapowiadało się na coś naprawdę nietuzinkowego. Wymuszona kooperacja, ucieczka z więzienia, życie jako zbieg. Co mogło pójść nie tak?

Z A Way Out wiązałem niesamowicie wysokie nadzieje od samej zapowiedzi z targów E3 w 2017 roku. W moje gusta trafiła przede wszystkim unikatowość koncepcji gry niezależnego studia Hazelight – kooperacja wymuszona przez scenariusz oraz cechy samej rozgrywki. I mówiąc wprost – wszystko zagrało jak należy. Tytuł naprawdę spełnił pokładane w nim przeze mnie oczekiwania!

Jednak wraz z nadziejami szła w parze obawa o to, czy debiutanckie dzieło dotrzyma obiecanego kroku, czy też przypadkiem firma Electronic Arts, pod egidą której wydane zostało A Way Out, nie wtrąci swoich chciwych łapsk i nie zechce wywierać jakiegoś rodzaju presji na projekcie (chociażby chcąc zainstalować moduł związany z mikrotransakcjami). Na szczęście nic takiego nie miało miejsca i przedsięwzięcie pozostało w stu procentach autorskie, o czym zresztą twórcy sami poinformowali, kiedy do sieci trafiła wiadomość o odcięciu EA od zysków.

Warto wiedzieć, że A Way Out zostało – podobnie jak opublikowane w 2016 Unravel oraz Fe z lutego tego roku – wydane w ramach programu EA Originals. W założeniach ma on wspierać właśnie takich jak Hazelight czy Zoink Games niezależnych twórców, by pomóc im rozpromować ich – najczęściej – debiutanckie projekty.

Akcja gry przenosi nas do lat 60. ubiegłego stulecia. Wcielamy się w… no właśnie. Mamy dwójkę głównych bohaterów – Vincenta oraz Leo. Obaj trafiają za kraty tego samego więzienia i obaj mają wspólny cel – dopaść pewnego jegomościa, który spowodował, iż znaleźli się w wiadomym miejscu. Jak określili to sami deweloperzy w przedpremierowych zapowiedziach: aby w pełni poznać fabułę, musimy ukończyć grę dwukrotnie, wcielając się w obie postacie, więc łącznie czekać może na nas ok. 13-14 godzin zabawy (pojedyncze przebrnięcie przez historię zajęło mi niespełna 7 godzin)!

Zgodnie z kanonem gatunku, jeden protagonista to opanowany, generalnie ułożony oraz skrupulatny pragmatyk, zaś drugi to raczej typ narwańca (nie mylić z psychopatą w stylu Lyncha!), który najchętniej zrobiłby ciężką sieczkę i w ten sposób załatwił interes. Ich, jeśli mogę tak powiedzieć, archetypy determinuje jednocześnie niejako sposób na rozgrywkę. I nie mówię tutaj o tym, że np. Vincent się skrada, a Leo nie – tutaj wszyscy równo muszą unikać niepożądanego wzroku, a odwracanie uwagi np. strażników, by drugi mógł się dostać do strzeżonego miejsca, to chleb powszedni.

Z racji tego, że bohaterami sterują żywi gracze, niekiedy może dochodzić do sprzeczek natury sposobu wykonania danego zadania. Gra w kluczowych momentach oferuje bowiem konieczność postawienia na jedną z dwóch koncepcji – bardziej agresywnego lub finezyjnego podejścia. I aby pchnąć akcję do przodu, musi paść jednogłośna zgoda co do jego wyboru. Różne charaktery widać również w niektórych kwestiach dialogowych, ale to już w kosmetycznej formie, ponieważ nie wpływają one na dalsze losy duetu.

Podejrzewam, że to właśnie przez takie detale w rozgrywce projektanci nie zdecydowali się na matchmaking, a więc dobieranie losowego człowieka do naszej pary. Musimy mieć albo kolegę na kanapie obok, albo znać jego pseudonim w Xbox Live, Steamie czy PlayStation Network, by zaprosić go do wspólnej zabawy. Z jednej strony świetnie, ale z drugiej nie zawsze znajdzie się ktoś chętny do wspólnej zabawy, tym bardziej w naszym bezpośrednim otoczeniu.


Screeny i filmy z A Way Out (XBOXONE)
Dodaj Odpowiedź
Komentarze (15 najnowszych):


Powyższy wpis nie posiada jeszcze komentarzy. Napraw to i dodaj pierwszy, na pewno masz jakąś opinię na poruszany temat, prawda?