Bleeding Edge (XBOX One)

ObserwujMam (0)Gram (1)Ukończone (0)Kupię (0)

Recenzja gry Bleeding Edge (XBOX One)


@ 07.04.2020, 00:06
Mateusz "Materdea" Trochonowicz
Wielbiciel literatury przez małe p, gier przez duże G, a także muzyki (tu już bez wyróżnień). Do tego klasyczna męska elegancja, savouir-vivre i szeroko pojęta estetyka. Kontakt: m.trochonowicz@miastogier.pl

Czy słusznie przyrównuje się Bleeding Edge, dzieło studia Ninja Theory, do starszego i bardziej utytułowanego Overwatcha od Blizzarda? I tak, i nie - tytuły mają wiele elementów wspólnych, lecz równie dużo je dzieli. I żaden nie traci przez to na jakości!

Kiedy Ninja Theory po udanym Hellblade: Senua’s Sacrifice zapowiedziało na targach E3 w 2019 roku, że teraz robi wieloosobowego slashera w klimatach Overwatcha, wielu zarzuciło wpływ Microsoftu (w tym samym roku MS kupiło dewelopera) na wizję producentów. Że pod „jarzmem” zaczną tworzyć gry ze zlecenia, z konkretną wizją i skrojone pod masowego klienta. I bardzo długo w Bleeding Edge, bo taki tytuł nosi ta gra, widziałem tego typu rzemieślniczą robotę – umówione, zapłacone, zrobione. Jednak dzisiaj, po dziesiątkach meczy i wielu przegranych godzinach mogę śmiało powiedzieć, że nawet jeśli producenci nie do końca marzyli o typowym „hero shooter” w multiplayerowym formacie, to projekt i tak wyszedł im zaskakująco dobrze!

Bleeding Edge najkrócej można opisać jako „Overwatch z modelem walki zamieniającym karabiny na umiejętności specjalne oraz walkę w zwarciu”. I w tym sformułowaniu nie będzie ani krzty kłamstwa – dzieło Blizzarda na dobre zdefiniowało produkcje z tego gatunku, więc siłą rzeczy trudno uniknąć porównań. A nowa gra Ninja Theory nawet stylistycznie trochę przypomina konkurencyjną produkcję ze stajni autorów Diablo i StarCrafta.

W Bleeding Edge nie znajdujemy żadnej warstwy fabularnej czy nawet fabularyzowanego trybu, który nadawałby grze jakiegokolwiek głębszego sensu, niż nabijanie kolejnych poziomów doświadczenia. Ma to jednocześnie swoje plusy oraz minusy, jednak kluczowe w tym aspekcie jest to, że projektanci chyba nie mieli do końca pomysłu, jak zaktywizować graczy. Zwłaszcza tych, którzy grają solo. Dzisiaj zaoferowanie wyłącznie poprawy własnych umiejętności i gwarancja zabawy ze znajomymi to trochę za mało.

Co prawda mamy tutaj warsztat, gdzie możemy modyfikować postacie, a za zdobywaną wirtualną walutę dokupować nowych wizualnych dodatków, jednak całość wykonana została nieco w wersji „na biednie”. Oprócz nowych desek (pojazdów: o rozgrywce nieco dalej) wizualne modyfikatory to wyłącznie trzy pakiety malowań (i to niezbyt wymyślnych) oraz trzy gesty wykonywanie po porażce lub zwycięstwie. Nie dostajemy nawet najprostszych rang, dzięki którym rozgrywka dostałaby nieco więcej sensu.

W pewnym kontekście jestem w stanie zrozumieć zamysł projektantów – Bleeding Edge wygląda na taki typ gry, w której wszyscy – niezależnie od posiadanych umiejętności – chcą i mogą bawić się dobrze. Jednak w finalnym rozrachunku, bez ostro wkręconych kompanów, niezbyt wiele będzie przemawiało za pozostaniem w grze dłużej niż tydzień.


Screeny z Bleeding Edge (XBOX One)
Dodaj Odpowiedź
Komentarze (15 najnowszych):


Powyższy wpis nie posiada jeszcze komentarzy. Napraw to i dodaj pierwszy, na pewno masz jakąś opinię na poruszany temat, prawda?