45 lat Konami na rynku gier wideo - czym zasłużyli sobie Japończycy?


Materdea @ 18:56 19.03.2018
Mateusz "Materdea" Trochonowicz
Wielbiciel literatury przez małe p, gier przez duże G, a także muzyki (tu już bez wyróżnień). Do tego klasyczna męska elegancja, savouir-vivre i szeroko pojęta estetyka. Kontakt: m.trochonowicz@miastogier.pl

Ciekawymi przypadkami są odsłony serii, teoretycznie należące do tej samej rodziny, jednak praktycznie noszące inne tytuły. I nie mówię tu o japońskich tłumaczeniach, ale o oficjalnych produktach oraz spin-offach, jak chociażby Vampire Killer również z 1986 roku czy też Kid Dracula z 1990. Od niego właśnie zapanowała już zasada, że gry spod szyldu Castlevania raczej ukazują się pod tą samą banderą.

Rok po oryginalnej Castlevanii na rynku ukazuje się Contra – tytuł co najmniej tak popularny nad Wisłą jak niemiecki Gothic, tyle że obie gry dzieli blisko 12 lat. Bez wątpienia łączy je zaś sposób, w jaki prawdopodobnie pierwszy raz w nie zagraliście, ponieważ jest duża szansa, że zarówno Wy, jak i Wasi koledzy z podwórka, grali w nie na kupionych na bazarze „dyskietkach” lub na przegrywanych płytach. Contra osiągnęła na osiedlach status kultowej, a przygody dwóch graczy na jednym ekranie po dziś dzień niektórzy wspominają z rozrzewnieniem w głosie.

Rozgrywka należała do najprostszego schematu pod słońcem – solo lub w kooperacji na jednym ekranie pruliśmy przed siebie i eliminowaliśmy pojawiające się z prawej strony zagrożenie. Jednak co ciekawe, bo sam nie byłem za bardzo świadom (przerywniki filmowe, jeśli tak można je nazwać, istniały w japońskiej wersji, która zresztą była o wiele ładniejsza), jest tutaj fabuła! Historia obraca się wokół żołnierzy, Billa Rizera oraz Lance’a Beana, członków elitarnej jednostki Contra. Zostają oni zrzuceni na wyspę w celu wyeliminowania ludzkiego oponenta, a przy okazji dowiedzenia się o prawdziwej naturze tej lokacji (czytaj: kosmitach).

My co prawda najbardziej znamy tę oryginalną Contrę – pierwotnie z automatów, później z m.in. NES-a czy komputerów z MS-DOS – lecz seria była eksploatowana jeszcze do 2011 roku! Cykl sygnowany logiem Konami pojawił się jeszcze np. na PlayStation 2 pod nazwą Contra: Shattered Soldier, na smartfonach jako Contra: Return, czy na konsolach Xbox 360 i PlayStation 3 ukryty pod niezwiązanym z marką tytułem Hard Corps: Uprising (stworzonym przez studio Arc System Works).

Trudno jest jednak powiedzieć, by kontynuatorki spuścizny po kultowej platformówce z 1987 roku dorównały popularnością oryginałowi. O jakości ciężko jest się wypowiadać z uwagi na fakt, iż wraz postępującą technologią postępował też model rozgrywki – w erze trójwymiarowych modeli gra zamieniła się w platformową strzelankę 3D, by później przenieść się w pełny trójwymiar, gdzie pojawiły się przestrzenne lokacje.

W tym samym roku na konsoli MSX2 od firmy Sony pojawił się Metal Gear – pierwsza część dziś prawdopodobnie jednej z najbardziej wpływowych serii w całej branży, Metal Gear Solid. Choć te tytuły różnią się ostatnim członem w nazwie, to mimo wszystko mamy do czynienia z jedną rodziną.

Dodaj Odpowiedź
Komentarze (15 najnowszych):
0 kudosfrycek88   @   12:49, 21.03.2018
Ja ich najbardziej lubię za bijatyki Kensei secret fist, Bloody Roar.
0 kudosguy_fawkes   @   13:53, 22.03.2018
Znaczek Konami wyświetlający się na kineskopowym TV w dzieciństwie zwiastował dla mnie jedno - właśnie uruchamiana na Famiklonie gra na pewno będzie co najmniej dobra. Co ciekawe, Konami wtedy chytrze starało się omijać limity wydawnicze nałożone przez Nintendo i wypuszczało gry pod banderą niby innych firm.

Pierwszy Metal Gear położył podwaliny pod skradanki i okazał się sukcesem, chociaż gdy pierwszy raz pozbawiony umiejętności programistycznych Kojima podzielił się swoją wizją gry, został wyśmiany. Na szczęście nie poddał się i dzięki temu dostałem jedną z moich ukochanych serii. Oryginalne Metal Geary też zaliczyłem i przyznam szczerze, że grało mi się w nie znakomicie - dla kogoś, kto zna MG2, pierwszy Metal Gear Solid staje się niczym więcej, jak tylko jego wersją w 3D. ;)

Jako że klasyczne tytuły nadrabiam dopiero od jakiegoś czasu, zaliczyłem także pierwsze Silent Hill, a dwójka już czeka w kolejce na półce. Znakomity, psychologiczny horror. Polecam każdemu, kto chciałby zakosztować czegoś innego, jak krew sikająca po ekranie.

Szkoda, że tak wyszło z Kojimą, bo Silent Hills zapowiadało się ciekawie, a Hideo i tak nie przestał współpracować z Del Toro. Niby są przesłanki, że coś w stylu Metal Gear Survive mogło się ukazać jeszcze przy jego obecności w firmie, ale pewnie nie w tak odtwórczej, taniej formie. Teraz tej marce należy się już tylko błogi spokój.