Final Fantasy XV, czyli mariaż Japonii z zachodnią sztuką robienia gier


juve @ 14:43 23.07.2016
Patryk "juve" Jankowski
Jestem szczęśliwym, wieloletnim i oddanym użytkownikiem konsol PlayStation. Lubię dopracowane, rozbudowane i ambitne gry wideo z najwyższej półki. Osobiście znam Solid Snake'a, z Larą Croft umawiałem się na randki i mieszkam w Residencji. Rzekłem.

Dziesięć lat przygotowań, mnóstwo koncepcji, kompletny restart i inspiracja zachodnimi produkcjami. Czy to może się udać?

Square Enix ma ostatnio problem. Od lat jest wydawcą wielu cennych i unikatowych marek, ale jako producent radzi sobie trochę gorzej. Nie twierdzę, że źle, niemniej produkcje, przy których firma pracuje wewnętrznie muszą gonić konkurencję, zamiast stanowić dla niej wzorzec. Co ciekawe sprawy wyglądają inaczej w przypadku różnych gier. Gracze raczej nie martwią się o sukces Kingdom Hearts III, bo współpraca z Disneyem przebiega świetnie, ale sukces Final Fantasy XV nadal nie jest do końca pewny.

Kilka lat temu, a dokładnie 11 listopada 2011 roku, na rynku pojawiło się The Elder Scrolls V: Skyrim, którym Bethesda dosłownie rozbiła bank i pokazała wielu deweloperom, jak powinno wyglądać RPG. Sukces komercyjny i sprzedażowy tego, bądź co bądź, trudnego w opanowaniu i pełnokrwistego RPG w otwartym świecie, jest niepodważalny. Wielomilionowa sprzedaż zainspirowała innych, jak choćby BioWare przy produkcji Dragon Age: Inkiwizycja, a nawet rodzime CD Projekt RED, które również zapragnęło zrobić z Wiedźmina prawdziwego sandboksa. Tak to już bywa, że sukces inspiruje i nie powinniśmy się temu dziwić.

Jestem w stanie to zrozumieć, jeżeli mowa o zachodnim rynku, na którym kasowe rozwiązania zaraz podłapywane są przez innych. Japonia to jednak zupełnie inna sztuka robienia gier - dzisiaj niestety w defensywie. Square Enix w przypadku piętnastego Final Fantasy postanowił stworzyć coś, co uwielbiane jest na zachodzie – rasowego sandboksa. Zdecydowano się zaprojektować odważne, nieszablonowe, oryginalne fantasy oparte o rozwiązania popularne poza granicami Kraju Kwitnącej Wiśni. Z jednej strony, dobrze, bo Final Fantasy w ostatnich latach nie radziło sobie zbyt ciekawie. Z drugiej jednak, istnieje obawa o to, że deweloper nie odnajdzie się w nowych realiach i przedsięwzięcie straci urok poprzedników.

Czy zachodnią mechanikę rozgrywki da się pogodzić z japońską kulturą robienia gier?


Odpowiedź jest prosta - zdecydowanie tak. Nie ma jednak na to receptury. Przykład Square Enix i Final Fantasy XV pokazuje jak zmieniły się gry wideo w ostatnich latach i jak niektóre firmy próbują znaleźć się w nowym otoczeniu. Od czasów dziesiątej odsłony serii FF żadna nie przebiła się do mainstreamu i nie potrafiła zawojować konkurencji. Próbowano, nawet całą trylogią - z Final Fantasy XIII - ale dobitnie rozminięto się z oczekiwaniami zachodnich graczy.

W momencie, gdy Skyrim dawał ogromną swobodę, trzynastka oferowała świetny, ale korytarzowy scenariusz oraz niedopieszczoną, udziwnioną rozgrywkę. Piętnastka ma to zmienić. Ma być sandboksem pełną gębą, choć w  japońskim stylu. Zachodnie rozwiązania pojawią się m.in. w możliwości eksploracji wielopoziomowego otoczenia, uproszczonym systemie walki (bez tur) oraz swobodnym rozwoju postaci. Twórcy liczą na to, że dzięki temu zainteresują szerszą grupę odbiorców, w tym tych młodszych, przyzwyczajonych do dzisiejszego modelu rozgrywki. Otwarta struktura świata pozwoli ponadto na zróżnicowanie zabawy i duże replayability, czyli coś, czego ostatnie, liniowe rozdziały sagi nie posiadały.

Będzie mógł, jak chociażby w Dragon Age: Inkwizycja czy Fallout 4, wybierać ścieżkę, którą podąży i kiedy to zrobi. Otrzyma też typowo zachodni system walki, który tak przypadł do gustu osobom lubiącym zarządzać kilkoma wspierającymi się postaciami. System ma być szybki, dynamiczny, efektowny i oparty na kombinacjach.

Dodaj Odpowiedź
Komentarze (15 najnowszych):


Powyższy wpis nie posiada jeszcze komentarzy. Napraw to i dodaj pierwszy, na pewno masz jakąś opinię na poruszany temat, prawda?